Co łączy sprawa Pana Rafała Brzoski z lekarzami działającymi w Sieci?

Pan @RafałBrzoska od ponad dwóch lat walczy z Metą o fałszywe reklamy i deepfake’i wykorzystujące jego wizerunek. Ma za sobą działania UODO i korzystne rozstrzygnięcie sądu. A mimo to w sierpniu 2026 r. kolejny raz pokazuje sponsorowaną reklamę, w której ktoś bez jego zgody wykorzystuje jego twarz. I publicznie pyta: ile jeszcze? 

A my w kontekście tych wydarzeń  pomyślałyśmy sobie o lekarzach- tak z naszego „poletka”.

Pan Brzoska może pozwolić sobie na wojnę z Metą- mamożliwości, zasięg i determinację, żeby powiedzieć globalnej platformie: SPRAWDZAM

Lekarz, któremu ktoś ukradnie zdjęcie, zrobi z jego twarzą deepfake, założy fałszywy profil albo opublikuje materiał sugerujący, że „doktor poleca” cudowną terapię czy preparat – najczęściej zostaje z tym sam.

Dziś takie historie nie są jeszcze codziennością. Ale wszystko wskazuje na to, że będzie ich coraz więcej.

Niestety w przypadku lekarzy pojawia się jeszcze jeden problem. Lekarz nie jest w Internecie po prostu kolejnym influencerem. Wykonuje zawód zaufania publicznego. Wiążą go zasady etyki lekarskiej i przepisy związane z wykonywaniem zawodu, a ich naruszenie może prowadzić do odpowiedzialności zawodowej. Prawo bardzo dokładnie określa też, czego lekarzowi wolno, a czego nie wolno robić w reklamie.

Przykład?

Prawo farmaceutyczne zabrania reklamy produktu leczniczego kierowanej do publicznej wiadomości, która prezentuje lek przez osobę posiadającą wykształcenie medyczne albo odwołuje się do jej zaleceń.

I teraz wyobraźmy sobie coś, co jeszcze kilka lat temu brzmiałoby jak science fiction. W sieci pojawia się film. Jest twarz konkretnego lekarza. Jest jego głos. Jest jego nazwisko i specjalizacja. „Lekarz” poleca określony preparat.

Tyle że prawdziwy lekarz nigdy tej reklamy nie nagrał. Nie wyraził na nią zgody. Być może nawet jeszcze nie wie, że istnieje. I co ma zrobić? Jak szybko ma zareagować? Jak ma udowodnić tysiącom pacjentów, którzy zobaczyli reklamę, że to nie on? Jak ma chronić zawodową reputację, skoro fałszywy film można stworzyć i rozpowszechnić szybciej, niż platforma rozpatrzy jego zgłoszenie?

I wreszcie – czy naprawdę możemy budować system, w którym prawo stawia bardzo wysokie wymagania lekarzowi, ale platformie, która rozpowszechnia fałszywy przekaz z jego twarzą, pozwalamy odpowiedzieć: „proszę zgłosić naruszenie”? W 2026 roku to już za mało.

Nie może być tak, że platforma potrafi profilować użytkownika, dobrać mu reklamę, pobrać za nią pieniądze i wyświetlić ją tysiącom osób, ale kiedy okazuje się, że reklama wykorzystuje bezprawnie cudzą twarz i nazwisko – nagle staje się tylko bezradnym pośrednikiem.

W tym właśnie miejscu  sprawa Pana @RafałBrzoska przestaje być dla nas wyłącznie sprawą Rafała Brzoski.

To jest pytanie o to, czy prawo i platformy są przygotowane na świat, w którym za chwilę coraz trudniej będzie odróżnić to, co lekarz naprawdę powiedział, od tego, co ktoś kazał mu „powiedzieć” przy pomocy AI.

Internet może być szybki, jednak prawo nie może być wobec niego bezradne.

 

FacebookLinkedInEmailPrint

„Lex szarlatan” – co naprawdę zmienia nowa ustawa i dlaczego wzbudza tyle emocji?

31 lipca 2026 r. Sejm zakończył prace nad ustawą potocznie określaną jako „lex szarlatan”. Po przyjęciu poprawek Senatu ustawa trafił do podpisu Prezydenta RP. Jeszcze zanim zaczęła obowiązywać, wywołała ogromne emocje.
Jedni twierdzą, że wreszcie państwo skutecznie rozprawi się z pseudomedycyną. Inni przekonują, że nowe przepisy ograniczą wolność słowa i mogą prowadzić do nadmiernej ingerencji w działalność osób zajmujących się edukacją zdrowotną.

Gdzie leży prawda?

Jako przedstawicielki strony społecznej miałyśmy możliwość uczestniczyć w pracach Komisji Zdrowia nad tym projektem. Dlatego zamiast analizować ustawę przepis po przepisie, chcemy odpowiedzieć na pytania, które od kilku miesięcy najczęściej słyszymy od lekarzy, właścicieli podmiotów leczniczych, ale również od pacjentów.

Dlaczego w ogóle powstała ta ustawa?

Nie dlatego, że nagle pojawiła się pseudomedycyna. Ona istniała od lat. Zmieniła się jednak skala zjawiska. Dziś wystarczy telefon komórkowy i konto w mediach społecznościowych, aby w ciągu kilku godzin dotrzeć do setek tysięcy odbiorców. Coraz częściej decyzje dotyczące zdrowia podejmowane są nie po rozmowie z lekarzem, ale po obejrzeniu kilkudziesięciosekundowego filmu w internecie. Najbardziej niepokojące są sytuacje, w których osoby nieposiadające odpowiednich kwalifikacji przekonują do rezygnacji z leczenia, podważają skuteczność terapii opartych na aktualnej wiedzy medycznej albo oferują „cudowne” metody mające zastąpić diagnostykę i leczenie.
To właśnie takie zjawiska stały się impulsem do przygotowania nowych przepisów.

Czy wcześniej brakowało odpowiednich regulacji?

Nie. Polskie prawo już wcześniej przewidywało możliwość reagowania na wiele nieuczciwych praktyk. Problem polegał jednak na tym, że rzeczywistość zmieniła się znacznie szybciej niż przepisy. Internet stworzył zupełnie nowy rynek usług związanych ze zdrowiem. Granica pomiędzy rzetelną edukacją, marketingiem i działalnością mogącą wprowadzać pacjentów w błąd zaczęła się zacierać. Nowa ustawa jest próbą odpowiedzi właśnie na te wyzwania.

Co rzeczywiście zmienia?

Choć głównym założeniem projektu było zwiększenie ochrony pacjentów przed praktykami mogącymi zagrażać ich zdrowiu, w praktyce skutki nowych przepisów mogą wykraczać poza ten obszar. Dlatego tak istotne będzie, w jaki sposób będą one interpretowane i stosowane. Coraz większego znaczenia nabiera bowiem odpowiedzialna komunikacja. To, co i w jaki sposób publikujemy w mediach społecznościowych, jak opisujemy usługi medyczne czy współprace z partnerami biznesowymi, staje się dziś elementem zarządzania ryzykiem prawnym.

Dlaczego ustawa budzi aż tyle emocji?

Bo dotyka dwóch niezwykle ważnych wartości. Z jednej strony mamy obowiązek ochrony pacjentów przed działaniami, które mogą prowadzić do utraty zdrowia lub życia. Z drugiej – wolność wypowiedzi, działalności edukacyjnej i gospodarczej. To właśnie znalezienie równowagi pomiędzy tymi wartościami było jednym z największych wyzwań podczas prac nad ustawą. I właśnie dlatego dyskusja wokół nowych przepisów jest tak gorąca. Warto jednak pamiętać, że emocje nie powinny zastępować analizy. O tym, jakie znaczenie będzie miała ta ustawa w praktyce, zdecyduje nie tylko jej treść, ale przede wszystkim sposób, w jaki będzie stosowana przez właściwe organy.

Fakty zamiast emocji

Czy lex szarlatan rozwiąże problem pseudomedycyny? Nie. Żadna ustawa nie sprawi, że z dnia na dzień z internetu znikną osoby rozpowszechniające nieprawdziwe informacje dotyczące zdrowia.

Czy nowe przepisy były potrzebne? W naszej ocenie trudno ignorować fakt, że rynek usług związanych ze zdrowiem zmienił się diametralnie. Dziś decyzje pacjentów coraz częściej kształtowane są nie w gabinecie lekarskim, ale na ekranie telefonu. Państwo nie mogło pozostać obojętne na to zjawisko.

To dopiero początek

„Lex szarlatan” z pewnością nie zakończy dyskusji o granicach odpowiedzialności za informacje dotyczące zdrowia. Można wręcz powiedzieć, że ta dyskusja dopiero się rozpoczyna. Dlatego w kolejnych artykułach przyjrzymy się bardziej szczegółowo najważniejszym zagadnieniom związanym z nowymi przepisami. Odpowiemy między innymi na pytania, czy lekarze rzeczywiście mają się czego obawiać, gdzie przebiega granica między edukacją zdrowotną a działalnością mogącą naruszać nowe regulacje oraz jakie praktyczne znaczenie ustawa może mieć dla podmiotów leczniczych i osób aktywnych w mediach społecznościowych.

Bo naszym celem nie jest komentowanie nagłówków. Naszym celem jest wyjaśnianie prawa w sposób, który pomaga lekarzom i podmiotom leczniczym bezpiecznie wykonywać swoją pracę.

 

 

FacebookLinkedInEmailPrint

Podwyżki medyków od 1 lipca 2026 r. — ile Wam przysługuje i co zrobić, jeśli pracodawca nie wykona ustawy

Piszmy ten wpis 30 czerwca — ostatniego dnia przed tym, jak w życie wchodzą nowe minimalne wynagrodzenia zasadnicze medyków. Jutro, 1 lipca 2026 r., każdy lekarz, pielęgniarka, fizjoterapeuta czy ratownik medyczny zatrudniony na etacie w podmiocie leczniczym ma prawo do wynagrodzenia zasadniczego nie niższego niż wynika z ustawy z 2017 roku. To nie jest podwyżka z łaski. To obowiązek pracodawcy wynikający wprost z przepisów.

Zaznaczyć jednak na wstępie chcemy , bo wydaje mi się to ważne: ten tekst nie ma nic wspólnego z doniesieniami medialnymi dotyczącymi nieprawidłowości finansowych w Szpitalu południowym. Tamta sprawa dotyczy zupełnie innych kwestii  i jest przedmiotem odrębnych postępowań. Tu piszemy o czymś innym i zdecydowanie bardziej powszechnym: o ustawowych prawach pracowniczych, które dotyczą setek tysięcy medyków w całej Polsce, niezależnie od tego, gdzie pracują.

Dlaczego piszemy o tym akurat dziś, do Was — lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów — a nie do dyrektorów i kierowników działów kadr? Bo przez kilkanaście lat pracy z osobami wykonującymi zawody medyczne widzimy wciąż ten sam schemat: gdy chodzi o wiedzę medyczną — precyzja. Gdy chodzi o własne prawa pracownicze — zaskakująca nieświadomość. I to kosztowna nieświadomość, bo roszczenia ze stosunku pracy przedawniają się po trzech latach. Trzy lata milczenia mogą oznaczać utratę dziesiątek tysięcy złotych.

Skąd biorą się te stawki i dlaczego co roku są inne?

Mechanizm jest stosunkowo prosty, choć mało kto go zna. Co roku Prezes Głównego Urzędu Statystycznego ogłasza komunikat z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej za rok poprzedni. Ta liczba — w 2026 roku to 8 903,56 zł — staje się kwotą bazową. Minimalne wynagrodzenie zasadnicze dla każdej z dziesięciu grup zawodowych to iloczyn tej kwoty i ustawowego współczynnika przypisanego do danej grupy.

W tym roku wzrost wynosi 8,82 procent. Ministerstwo Zdrowia przez wiele miesięcy zabiegało o zamrożenie podwyżek lub przesunięcie ich wdrożenia o pół roku. W marcu 2026 roku Zespół Trójstronny nie osiągnął porozumienia w tej sprawie. Ustawa pozostaje bez zmian. Podwyżki wchodzą w życie jutro i są obowiązkowe dla każdego pracodawcy.

Co konkretnie Wam przysługuje?

To zależy od grupy zaszeregowania. I tu zaczyna się najważniejsza część tej rozmowy.

Przynależność do grupy wynika nie z tego, jakie wykształcenie posiadacie, ale z tego, jakich kwalifikacji wymaga stanowisko, które zajmujecie. Jeżeli w regulaminie organizacyjnym Waszego szpitala czy przychodni na danym stanowisku wymagany jest tytuł magistra ze specjalizacją — pracownik je zajmujący należy do grupy 2, z minimalnym wynagrodzeniem zasadniczym wynoszącym od jutro 11 485,59 zł brutto. Nie do grupy 5 ani 6, choć tam stawki są niższe i pracodawcy niekiedy wygodniej jest zakwalifikować pracownika właśnie tam.

Dla lekarzy i dentystów ze specjalizacją nowe minimum zasadnicze to 12 910,16 zł brutto, dla lekarzy bez specjalizacji — 10 595,24 zł. Ratownicy medyczni i absolwenci studiów licencjackich bez specjalizacji należą do grupy 5, gdzie minimalna stawka wynosi 9 081,63 zł. Pielęgniarki i położne ze specjalizacją — w zależności od posiadanego wykształcenia — mogą należeć do grupy 2 lub grupy 6, gdzie minimalna stawka to odpowiednio 11 485,59 zł albo 8 369,35 zł. Różnica między tymi dwiema grupami to ponad dwa i pół tysiąca złotych miesięcznie.

Podkreślamy to nie przypadkowo. Z praktyki wiemy, że właśnie zaszeregowanie pielęgniarek z wyższym wykształceniem i specjalizacją jest najczęstszym polem błędów — i najczęstszym źródłem późniejszych roszczeń. Przez trzy lata ta różnica urośnie do kwoty przekraczającej 86 000 złotych.

Ważna uwaga, którą często pomijają komentarze o podwyżkach: ustawa dotyczy wyłącznie wynagrodzenia zasadniczego. Dyżury, praca w nocy, nadgodziny, premie, dodatek stażowy — to oddzielne składniki wynagrodzenia, które dochodzą do minimalnego zasadniczego. Ale wzrost zasadniczego nie jest bez znaczenia dla tych innych świadczeń — zasiłek macierzyński, wynagrodzenie urlopowe i wynagrodzenie chorobowe liczone są od przeciętnego wynagrodzenia z minionych miesięcy, w skład którego wchodzi zasadnicze.

Co zrobić, jeśli okaże się, że pensja nie wzrosła?

Pierwsze, co warto zrobić, to spokojnie sprawdzić lipcowy pasek płac i porównać wynagrodzenie zasadnicze z ustawowym minimum dla swojej grupy. Jeśli jest niższe — nie ma powodów do paniki, ale jest powód do działania.

Racjonalnym pierwszym krokiem jest pisemne zapytanie do działu kadr lub pracodawcy — z powołaniem na ustawę, ze wskazaniem grupy zaszeregowania i oczekiwanej kwoty. Często to wystarcza, bo bywa, że po drugiej stronie jest po prostu błąd, który można naprawić bez eskalacji. Pisemna forma jest ważna — zostawia ślad, który może się przydać później.

Jeżeli pracodawca nie reaguje lub odmawia korekty — kolejnym krokiem jest skarga do Państwowej Inspekcji Pracy. Inspektor przeprowadzi kontrolę i może nakazać wypłatę zaległości. To narzędzie bezpłatne i skuteczne. Równolegle lub po kontroli możliwe jest wytoczenie powództwa w sądzie pracy, gdzie roszczenie o wyrównanie wynagrodzenia do ustawowego minimum jest procesowo stosunkowo proste — podstawa prawna jest klarowna, a ciężar wykazania prawidłowości zaszeregowania spoczywa w dużej mierze na pracodawcy.

Termin przedawnienia to trzy lata od dnia wymagalności każdej niedopłaconej pensji. Jeśli zaszeregowanie jest błędne od dłuższego czasu — można dochodzić wyrównania nie tylko za lipiec 2026, ale za cały trzyletni okres wstecz, powiększony o odsetki ustawowe za opóźnienie.

Jedna rzecz, o którą warto zapytać już jutro

Jeśli po przeczytaniu tego tekstu macie wrażenie, że nie do końca wiecie, do której grupy zaszeregowania należycie — to jest właściwy moment, żeby to sprawdzić. Wystarczy poprosić dział kadr o pisemne potwierdzenie grupy zaszeregowania wraz z uzasadnieniem. To Wasze prawo, a odpowiedź może być warta więcej, niż sądzicie.

Podwyżki, które wchodzą jutro w życie, są efektem wieloletnich negocjacji i mechanizmu ustawowego, który miał wyrównać wynagrodzenia w ochronie zdrowia do poziomu odpowiadającego kwalifikacjom. Żeby ten mechanizm zadziałał tak, jak powinien — medycy muszą wiedzieć, czego mogą oczekiwać.

Mamy nadzieję, że ten tekst choć trochę w tym pomaga.

Jeśli chcecie przeanalizować swoją sytuację indywidualnie — zapraszam do kontaktu z kancelarią. Więcej materiałów o prawie pracy w ochronie zdrowia znajdziecie na blogu Prawnik Lekarza.

FacebookLinkedInEmailPrint

Analiza przypadku

Obowiązek informowania chorego o jego stanie zdrowia przez medyków ma bardzo duże znaczenie w procesie leczenia. Jednak warto zadać sobie pytanie, jak często obowiązek ten obarcza lekarzy ciężarem dotarcia do czasami nieuchwytnych pacjentów? Słusznie w orzecznictwie coraz częściej spotkamy się ze stanowiskiem, że to pacjent powinien być najbardziej zainteresowany stanem swojego zdrowia i właśnie on, rzecz jasna pouczony np. o potrzebie odebrania wyników, powinien zadbać o pozyskanie tych informacji medycznych. Zaniedbanie przez lekarzy obowiązku informacyjnego ma poważne konsekwencje. Ale czy zawsze?

10 maja 2020 r. pani A. przeszła planowany zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego z kamieniami w szpitalu X. Następnie zlecono wykonanie badania histopatologicznego wyciętego narządu, które – jak się później okazało – wskazało na chorobę nowotworową, gruczolakoraka G2. Szpital X. otrzymał wyniki badania 22 maja 2020 r., jednak nie przekazał pacjentce informacji o jej stanie zdrowia, mimo że 26 maja 2020 r. była na badaniach kontrolnych w poradni chirurgicznej. Kolejna wizyta miała miejsce pół roku później, tj. 20 grudnia 2020 r. Pani A. została ponownie przyjęta do szpitala X. z rozpoznaniem żółtaczki mechanicznej w przebiegu choroby nowotworowej pęcherzyka żółciowego, cukrzycy i guza nerki prawej. Guz nerki był odrębnym, niezależnym nowotworem złośliwym. Właśnie podczas tego pobytu w szpitalu X. pani A. dowiedziała się o wynikach wykonanego w maju 2020 r. badania histopatologicznego. Wobec deficytu wiedzy o swoim stanie zdrowia, pacjentka nie podjęła dalszego leczenia. Po przekazaniu chorej informacji przez personel szpitala świadczenia zdrowotne udzielane jej miały jedynie charakter paliatywny, czego skutkiem była śmierć pacjentki 2 marca 2021 r. w wyniku rozwoju choroby nowotworowej pęcherzyka żółciowego.

Sąd Apelacyjny w Y. ustalił, że bezpośrednią przyczyną śmierci pani A. był rozwój nowotworu pęcherzyka żółciowego, aczkolwiek wdrożenie leczenia jeszcze w maju 2020 r. mogło wydłużyć jej życie od kilku do kilkunastu miesięcy. W związku z dwoma rozwijającymi się nowotworami złośliwymi oraz występującą cukrzycą odporność chorej była skrajnie obniżona już w maju, istniało więc prawdopodobieństwo, że po hipotetycznej operacji przeprowadzonej pod koniec maja 2020 r. nowotwór pęcherzyka żółciowego przyjąłby formę agresywną i doszłoby do śmierci pacjentki już w czerwcu. W tak ustalonym stanie faktycznym Sąd Apelacyjny w Y. wykluczył odpowiedzialność szpitala X. za śmierć pani A., mimo niepoinformowania pacjentki o wynikach badania histopatologicznego. Uznał, że bezpośrednią przyczyną śmierci była choroba nowotworowa, a nie zaniedbanie szpitala. Rodzina zmarłej wniosła skargę kasacyjną od wyroku Sądu Apelacyjnego w Y. do Sądu Najwyższego, który ją oddalił jako niezasadną w przedmiotowej sprawie. Potwierdził jednak niedopełnienie obowiązku informacyjnego szpitala względem pacjentki na podstawie art. 31 ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (t.j. DzU z 2020 r., poz. 514 z późn. zm., dalej jako u.z.l.). W świetle okoliczności sprawy nie budzi wątpliwości, że proces diagnozowania stanu zdrowia pani A. nie został zakończony, gdyż zlecono pobranie tkanek do badań histologicznych, które stanowią część bardziej złożonego procesu diagnozy.

📌 Gdzie kończy się obowiązek informacyjny lekarza, a zaczyna odpowiedzialność pacjenta za własne zdrowie?

Opisany wyrok Sądu Najwyższego pokazuje, że nawet stwierdzenie naruszenia obowiązku informacyjnego przez podmiot leczniczy nie zawsze oznacza odpowiedzialność za najtragiczniejsze skutki zdrowotne. Granica między błędem organizacyjnym, naruszeniem praw pacjenta a odpowiedzialnością odszkodowawczą bywa znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać.

FacebookLinkedInEmailPrint

Strona 1 z 58

KONTAKT

Kancelaria Adwokacko-Radcowska
"Podsiadły-Gęsikowska, Powierża" Sp. p.

ul. Filtrowa 61/3
02-056 Warszawa

+48 22 628 64 94
+48 600 322 901

kancelaria@prawniklekarza.pl

REGON: 369204260 NIP: 7010795766

AEKSANDRA POWIERŻA

+48 604 077 322
aleksandra.powierza@prawniklekarza.pl

KAROLINA PODSIADŁY-GĘSIKOWSKA

+48 735 922 156
karolina.podsiadly@prawniklekarza.pl