Analiza przypadku

Obowiązek informowania chorego o jego stanie zdrowia przez medyków ma bardzo duże znaczenie w procesie leczenia. Jednak warto zadać sobie pytanie, jak często obowiązek ten obarcza lekarzy ciężarem dotarcia do czasami nieuchwytnych pacjentów? Słusznie w orzecznictwie coraz częściej spotkamy się ze stanowiskiem, że to pacjent powinien być najbardziej zainteresowany stanem swojego zdrowia i właśnie on, rzecz jasna pouczony np. o potrzebie odebrania wyników, powinien zadbać o pozyskanie tych informacji medycznych. Zaniedbanie przez lekarzy obowiązku informacyjnego ma poważne konsekwencje. Ale czy zawsze?

10 maja 2020 r. pani A. przeszła planowany zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego z kamieniami w szpitalu X. Następnie zlecono wykonanie badania histopatologicznego wyciętego narządu, które – jak się później okazało – wskazało na chorobę nowotworową, gruczolakoraka G2. Szpital X. otrzymał wyniki badania 22 maja 2020 r., jednak nie przekazał pacjentce informacji o jej stanie zdrowia, mimo że 26 maja 2020 r. była na badaniach kontrolnych w poradni chirurgicznej. Kolejna wizyta miała miejsce pół roku później, tj. 20 grudnia 2020 r. Pani A. została ponownie przyjęta do szpitala X. z rozpoznaniem żółtaczki mechanicznej w przebiegu choroby nowotworowej pęcherzyka żółciowego, cukrzycy i guza nerki prawej. Guz nerki był odrębnym, niezależnym nowotworem złośliwym. Właśnie podczas tego pobytu w szpitalu X. pani A. dowiedziała się o wynikach wykonanego w maju 2020 r. badania histopatologicznego. Wobec deficytu wiedzy o swoim stanie zdrowia, pacjentka nie podjęła dalszego leczenia. Po przekazaniu chorej informacji przez personel szpitala świadczenia zdrowotne udzielane jej miały jedynie charakter paliatywny, czego skutkiem była śmierć pacjentki 2 marca 2021 r. w wyniku rozwoju choroby nowotworowej pęcherzyka żółciowego.

Sąd Apelacyjny w Y. ustalił, że bezpośrednią przyczyną śmierci pani A. był rozwój nowotworu pęcherzyka żółciowego, aczkolwiek wdrożenie leczenia jeszcze w maju 2020 r. mogło wydłużyć jej życie od kilku do kilkunastu miesięcy. W związku z dwoma rozwijającymi się nowotworami złośliwymi oraz występującą cukrzycą odporność chorej była skrajnie obniżona już w maju, istniało więc prawdopodobieństwo, że po hipotetycznej operacji przeprowadzonej pod koniec maja 2020 r. nowotwór pęcherzyka żółciowego przyjąłby formę agresywną i doszłoby do śmierci pacjentki już w czerwcu. W tak ustalonym stanie faktycznym Sąd Apelacyjny w Y. wykluczył odpowiedzialność szpitala X. za śmierć pani A., mimo niepoinformowania pacjentki o wynikach badania histopatologicznego. Uznał, że bezpośrednią przyczyną śmierci była choroba nowotworowa, a nie zaniedbanie szpitala. Rodzina zmarłej wniosła skargę kasacyjną od wyroku Sądu Apelacyjnego w Y. do Sądu Najwyższego, który ją oddalił jako niezasadną w przedmiotowej sprawie. Potwierdził jednak niedopełnienie obowiązku informacyjnego szpitala względem pacjentki na podstawie art. 31 ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (t.j. DzU z 2020 r., poz. 514 z późn. zm., dalej jako u.z.l.). W świetle okoliczności sprawy nie budzi wątpliwości, że proces diagnozowania stanu zdrowia pani A. nie został zakończony, gdyż zlecono pobranie tkanek do badań histologicznych, które stanowią część bardziej złożonego procesu diagnozy.

📌 Gdzie kończy się obowiązek informacyjny lekarza, a zaczyna odpowiedzialność pacjenta za własne zdrowie?

Opisany wyrok Sądu Najwyższego pokazuje, że nawet stwierdzenie naruszenia obowiązku informacyjnego przez podmiot leczniczy nie zawsze oznacza odpowiedzialność za najtragiczniejsze skutki zdrowotne. Granica między błędem organizacyjnym, naruszeniem praw pacjenta a odpowiedzialnością odszkodowawczą bywa znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać.

FacebookLinkedInEmailPrint

Specjalizacja, ciąża i zegar, który tyka. Co projekt nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza oznacza w praktyce i dlaczego środowisko ma rację, by pytać głośno

Projekt nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty trafił do konsultacji społecznych z ambicją reformy kształcenia medycznego. Przewiduje między innymi skrócenie stażu podyplomowego do sześciu miesięcy, wprowadzenie nowego Państwowego Egzaminu Kompetencyjnego oraz przywrócenie obowiązkowej ustnej części Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego. Ministerstwo Zdrowia prezentuje projekt jako odpowiedź na potrzebę podniesienia jakości kształcenia i zwiększenia dostępności specjalistów dla pacjentów. Środowisko medyczne stawia jednak pytania, których projekt wprost nie adresuje: kto faktycznie poniesie koszt tych zmian i czy jest to koszt, który można uzasadnić konstytucyjnie?

Co projekt zmienia i dlaczego wzbudza kontrowersje?

Spośród wielu zaproponowanych zmian szczególne emocje wzbudziły dwa rozwiązania.

Pierwsze dotyczy dyżurów w trakcie specjalizacji. Dotychczas lekarz mógł przez maksymalnie dwa lata nie realizować części programu szkoleniowego – w tym dyżurów – bez konieczności uzupełniania tego okresu. Z możliwości tej korzystali między innymi lekarze przebywający na zwolnieniu lekarskim, rodzice małych dzieci oraz – najliczniej – lekarki w ciąży lub na urlopach macierzyńskich i rodzicielskich. Kodeks pracy w art. 178 § 1 bezwzględnie zakazuje pracodawcy zatrudniania pracownicy w ciąży w godzinach nadliczbowych ani w porze nocnej – dyżury medyczne pełnią zaś w polskim systemie prawnym charakter pracy w godzinach nadliczbowych lub w porze nocnej, więc ich wykonywanie przez rezydentki w ciąży jest wykluczone. Projekt likwiduje dwuletnią „tolerancję” dla niepełnej realizacji programu. W konsekwencji każdy okres, w którym lekarz nie wykonywał dyżurów – niezależnie od przyczyny – będzie musiał zostać uzupełniony po powrocie.

Drugie rozwiązanie to wprowadzenie dwuletniego terminu ważności pozytywnego wyniku Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego. Projekt przewiduje, że PES złożony z wynikiem pozytywnym nie będzie uznawany i będzie musiał zostać powtórzony, jeżeli lekarz nie uzyska tytułu specjalisty w danej dziedzinie w terminie 24 miesięcy od dnia jego złożenia.

Ministerstwo Zdrowia argumentuje, że przepis ten ma dyscyplinować lekarzy blokujących miejsca rezydenckie przez wieloletnie odkładanie formalnego zamknięcia specjalizacji. Brzmi to racjonalnie. Problem polega jednak na tym, że przepis jest skonstruowany bez żadnych wyjątków dla sytuacji życiowych, które mogą opóźnić zamknięcie specjalizacji z przyczyn niezależnych od lekarza.

Kto realnie ponosi konsekwencje?

Odpowiedź na to pytanie nie wymaga zaawansowanej analizy demograficznej.

Ciąża i urlop macierzyński trwają łącznie minimum kilkanaście tygodni, a urlop rodzicielski może być wydłużony do czterdziestu jeden tygodni w przypadku urodzenia jednego dziecka. W przypadku powikłań ciążowych lub chorób dochodzi zwolnienie lekarskie, które może poprzedzać urlop macierzyński o wiele tygodni. Przy normalnym przebiegu macierzyństwa  bez komplikacji, bez urlopu wychowawczego – lekarka może być nieobecna w pracy przez rok lub dłużej. Dwuletni termin ważności PES w tym kontekście staje się realnym zagrożeniem, jeśli egzamin został zdany tuż przed ciążą lub w jej trakcie

Wymiar prawny: konstytucja, prawo unijne, zasada proporcjonalności

Z perspektywy prawnej projekt wymaga analizy na kilku płaszczyznach.

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej

Art. 18 Konstytucji RP stanowi, że małżeństwo, rodzicielstwo i rodzina znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej. Art. 71 ust. 2 wskazuje, że matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych. Art. 33 ust. 2 gwarantuje kobietom i mężczyznom równe prawa w zakresie między innymi zatrudnienia i awansów. Przepisy te nie są deklaracjami programowymi – są normami, na podstawie których Trybunał Konstytucyjny ocenia dopuszczalność ingerencji ustawodawcy w prawa jednostki. Regulacja, która formalnie jest neutralna, ale w praktyce uderza nieproporcjonalnie w kobiety korzystające z uprawnień macierzyńskich, może budzić uzasadnione wątpliwości konstytucyjne.

Zasada niedyskryminacji pośredniej

Dyrektywa Rady 2006/54/WE w sprawie wprowadzenia w życie zasady równości szans oraz równego traktowania kobiet i mężczyzn w dziedzinie zatrudnienia definiuje dyskryminację pośrednią jako sytuację, w której z pozoru neutralny przepis lub kryterium stawia osoby jednej płci w niekorzystnej sytuacji w porównaniu z osobami drugiej płci. Fakt, że z uprawnień związanych z macierzyństwem korzystają statystycznie w zdecydowanej większości kobiety, oznacza, że przepis godzący w osoby korzystające z tych uprawnień może spełniać definicję dyskryminacji pośredniej – nawet jeśli nie wymienia płci wprost.

W orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości UE ugruntowane jest stanowisko, że zasada ta stosuje się do wszelkich przepisów krajowych wpływających na warunki zatrudnienia i kształcenia zawodowego.

Zasada proporcjonalności

Każda regulacja ingerująca w prawa jednostki musi być uzasadniona prawnie akceptowalnym celem, a środki służące osiągnięciu tego celu muszą być proporcjonalne. Cel wskazany przez Ministerstwo -mobilizacja lekarzy przewlekle przeciągających specjalizację – jest co do zasady uzasadniony. Pytanie dotyczy jednak tego, czy brak jakichkolwiek wyjątków dla sytuacji rodzinnych, opiekuńczych i zdrowotnych jest proporcjonalnym środkiem do osiągnięcia tego celu. Wystarczającym rozwiązaniem byłoby np. zawieszenie biegu terminu na czas korzystania z uprawnień macierzyńskich, rodzicielskich lub na czas trwania choroby –  co nie osłabiałoby zasadniczego celu regulacji, a jednocześnie eliminowało nieproporcjonalne obciążenie lekarzy-rodziców.

Co mówi Ministerstwo Zdrowia i dlaczego to nie wystarczy

W odpowiedzi na występującą w środowisku lekarskim krytykę Ministerstwo Zdrowia opublikowało stanowisko, w którym wyjaśnia, że celem przepisów nie jest ograniczenie praw pracowniczych lekarek, lecz zapewnienie, że wszyscy lekarze zrealizują taki sam zakres szkolenia wynikający z programu specjalizacji. Resort podkreśla, że projekt jest na etapie konsultacji i każda uwaga zostanie przeanalizowana.

To ważna informacja. Jednocześnie samo przeprowadzenie konsultacji nie usuwa wątpliwości konstytucyjnych i prawnych, które środowisko medyczne zgłasza. Etap konsultacji to właśnie ten moment, w którym uwagi mogą faktycznie wpłynąć na kształt ostatecznego tekstu ustawy – pod warunkiem, że są sformułowane precyzyjnie i poparte merytoryczną argumentacją.

Sama deklaracja, że projekt nie odbiera uprawnień pracowniczych, nie odpowiada na kluczowy zarzut: nie chodzi o to, czy lekarka ma prawo do urlopu macierzyńskiego. Chodzi o to, że projekt karze ją za skorzystanie z tego prawa –  utratą ważności egzaminu lub koniecznością uzupełniania dyżurów po powrocie

Jak prawidłowo sformułować uwagi w konsultacjach?

Projekt nowelizacji jest na etapie konsultacji publicznych – to ustawowy tryb, w którym każda osoba i każda organizacja może zgłosić pisemne uwagi do projektodawcy. Aby uwagi były skuteczne i mogły rzeczywiście wpłynąć na kształt projektu, powinny spełniać kilka warunków.

Po pierwsze – precyzyjnie wskazywać kwestionowany przepis. Ogólna krytyka projektu ma mniejszą szansę na uwzględnienie niż wskazanie konkretnego artykułu i uzasadnienie, dlaczego jego brzmienie jest wadliwe.

Po drugie – proponować alternatywne rozwiązanie. Stanowisko, które nie tylko kwestionuje przepis, ale wskazuje jak powinien być sformułowany, jest znacznie silniejszym argumentem.

Po trzecie – odnosić się do podstaw prawnych wyższego rzędu: Konstytucji RP, prawa unijnego, orzecznictwa. To właśnie te argumenty mają największą wagę formalną.

Projekt nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty zawiera zmiany, które – niezależnie od motywacji ustawodawcy – mogą w praktyce nieproporcjonalnie uderzyć w lekarki korzystające z uprawnień macierzyńskich i rodzicielskich.

Środowisko medyczne ma prawo –  i powód – by w trwającym procesie konsultacyjnym postawić te pytania wprost: czy przepis jest zgodny z Konstytucją? Czy nie stanowi dyskryminacji pośredniej? Czy cel, któremu ma służyć, nie może być osiągnięty przy mniejszym koszcie dla lekarzy-rodziców?

Konsultacje publiczne to narzędzie. Żeby działało, musi być używane. Właśnie teraz.

 

 

FacebookLinkedInEmailPrint

STOMATOLOGICZNA ANLIZA PRZYPADKU

Analiza przypadku

Roszczenia pacjentki wobec stomatologa za nienależyte wykonanie usług medycznych. Czy świadczenie medyczne w postaci wykonania mostu protetycznego jest traktowane jako umowa o dzieło? Kiedy lekarz odpowiada za powikłanie w postaci rozstroju zdrowia psychicznego?

W lutym 2013 roku pacjentka poddała się zabiegowi stomatologicznemu polegającemu na spiłowaniu dwóch dolnych zębów +5 i +7, w celu założenia mostu i uzupełnienia w ten sposób brakującego dolnego zęba +6. Zęby były wprawdzie plombowane, ale żywe, w dobrym stanie i nigdy nie bolały. Most tymczasowy został założony zgodnie z planem, a po dwóch miesiącach, w kwietniu 2013 roku, zastąpiono go mostem stałym. Pacjentka została poinformowana o planie leczenia, kosztach i wyraziła zgodę na leczenie.

Początkowo zabieg przebiegał bez komplikacji, jednak w krótkim czasie po założeniu mostu pacjentka zaczęła odczuwać ból w jednym z przygotowanych zębów. W reakcji na zgłaszane dolegliwości lekarz dentysta przystąpiła do leczenia kanałowego zęba, który sprawiał problemy. Mimo przeprowadzonego leczenia ból nie ustępował, co skłoniło pacjentkę do przerwania leczenia w gabinecie pozwanej lekarki i poszukiwania pomocy u innych specjalistów.

Dalsze leczenie, prowadzone przez kolejnych stomatologów i obejmowało usunięcie jednego z zębów, który wcześniej został spiłowany pod most. Pacjentka twierdziła, że konsekwencje działań pozwanej wykraczały poza problemy stomatologiczne. W jej ocenie niewłaściwie przeprowadzone leczenie miało wpływ nie tylko na jej zdrowie fizyczne, ale także psychiczne, prowadząc do epizodu depresyjnego, który wymagał hospitalizacji.

Przed Okręgowym Rzecznikiem Odpowiedzialności Zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej toczyło się postępowanie ze skargi pacjentki. W toku tego postępowania wydana została opinia dr n. med. M. G., w której oświadczył on, iż leczenie endodontyczne zęba 45 oraz rozpoznanie postawione przez pozwaną lekarkę, przeprowadzone zostało całkowicie poprawnie w ocenie radiologicznej.  Biegły stwierdził, że lekarka zastosowała prawidłową metodę leczenia zęba 45 i leczenie to przeprowadziła prawidłowo. Dolegliwości bólowe są częstym powikłaniem po wykonaniu szlifowania zębów pod uzupełnienie stałe. Podczas tego zabiegu powstają wysokie temperatury, które mogą doprowadzić do stanu zapalnego miazgi i bólu. W takim przypadku przeprowadzić należy leczenia kanałowe zęba, co też pozwana uczyniła.

Pacjentka gabinetu stomatologicznego, wniosła pozew przeciwko lekarz stomatolog, domagając się zapłaty kwoty 18.085 zł. Na dochodzoną pozwem kwotę składała się kwota 2.240,00 zł tytułem o zwrotu niesłusznie poniesionych kosztów w związku z nienależytym wykonaniem umowy o świadczenie usług medycznych, kwota 845,00 zł tytułem zwrotu kosztów poniesionych w następstwie wadliwie wykonanej usługi stomatologicznej, obejmujących wizyty lekarskie w (…), gdzie kontynuowano leczenie i gdzie zostanie dokończona usługa protetyczna, wraz z kosztami dojazdów z opiekunem do lekarzy, a także kwotę 15.000 zł tytułem zadośćuczynienia za doznany ból i cierpienie oraz za uszczerbek na zdrowiu i rozstrój zdrowia, powstałe w wyniku nieudolnych zabiegów lekarskich i braku etyki lekarskiej. Pacjentka wskazywała, że pozwana lekarka, wykonując most protetyczny, nie poinformowała jej o możliwych ryzykach związanych z procedurą oraz nie podjęła działań, które mogłyby zapobiec późniejszym powikłaniom, w tym zapaleniu miazgi zęba i utrzymującym się bólu. Pacjentka, z uwagi na utratę zaufania, przerwała leczenie i zgłosiła się do innych specjalistów, którzy podejmowali dalsze działania naprawcze, w tym usunięcie jednego z leczonych zębów co skutkowało dodatkowymi kosztami. W swojej argumentacji podkreślała również, że konsekwencją wadliwego leczenia był epizod depresyjny wymagający hospitalizacji co zwiększyło jej cierpienie.

W odpowiedzi na zarzuty pozwana stomatolog wskazywała, że leczenie zostało przeprowadzone zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej. Zapalenie miazgi i inne komplikacje, które wystąpiły po spiłowaniu zębów, były w jej ocenie typowymi powikłaniami, które mogą się zdarzyć w tego rodzaju zabiegach. Dodatkowo podkreśliła, że pacjentka była informowana o ryzykach związanych z leczeniem i miała możliwość kontynuowania terapii w jej gabinecie, jednak sama z tego zrezygnowała. Ponadto argumentowała również, że brak poprawy stanu zdrowia pacjentki wynikał z przerwania leczenia przedwcześnie, uniemożliwiając jej podjęcie dalszych działań naprawczych, takich jak leczenie kanałowe pod mikroskopem, a nie z błędów popełnionych w trakcie wykonywania mostu protetycznego.

W sprawie pojawiły się także wątpliwości co do zakresu odpowiedzialności pozwanej za problemy psychiczne pacjentki. Bowiem wskazywała, że utrzymujący się ból, usunięcie zęba oraz utrata zaufania do stomatologów były przyczyną jej depresji. Pełnomocnik lekarki kwestionowała tę tezę, argumentując, że brak jest dowodów na bezpośredni związek między leczeniem stomatologicznym a stanem psychicznym powódki.

Sąd, rozpatrując sprawę, opierał się na materiale dowodowym, w tym dokumentacji medycznej, zeznaniach stron oraz opiniach biegłych. Kluczowe dla rozstrzygnięcia były ustalenia biegłych, którzy potwierdzili, że działania pozwanej dentystki były zgodne z zasadami sztuki lekarskiej i nie wykazano popełnienia błędu medycznego.  Powikłania zgłaszane przez pacjentkę, takie jak ból zęba czy zapalenie miazgi, są typowymi następstwami zabiegów protetycznych, szczególnie w przypadku mostów protetycznych. Biegli wskazali również, że problemy bólowe mogły wynikać z różnych przyczyn, niezwiązanych wyłącznie z leczeniem przeprowadzonym przez pozwaną lekarkę.

W zakresie roszczenia o zwrot wynagrodzenia Sąd uznał, że umowa na wykonanie mostu protetycznego miała charakter umowy o dzieło i została wykonana prawidłowo. Umowa o leczenie uzębienia (wykonanie mostu) może być uznana za umowę o dzieło, ponieważ chodzi w niej o osiągnięcie odpowiedniego rezultatu medyczno-estetycznego. Pacjentka nie wykazała, że dzieło było obarczone wadami, które uzasadniałyby zwrot wynagrodzenia lub inne roszczenia majątkowe. W ocenie Sądu pacjentka nie przedstawiła także dowodów na istnienie adekwatnego związku przyczynowego pomiędzy działaniami dentystki a swoim stanem zdrowia psychicznego, w tym hospitalizacją z powodu depresji.

Sąd podkreślił, że brak wady dzieła, jakim jest most protetyczny, oraz brak adekwatnego związku przyczynowego wykluczają możliwość przypisania winy pozwanej stomatolog.
Kluczową rolę w sprawie odegrały opinie biegłych, które pozwoliły na ocenę zgodności działań pozwanej z zasadami sztuki lekarskiej.

Jak wynika z powyższego, w sprawach dotyczących odpowiedzialności lekarzy szczególne znaczenie mają dowody, w tym dokumentacja medyczna i opinie biegłych. Ciężar dowodu spoczywa na stronie powodowej, która musi wykazać zarówno niewłaściwe działanie lekarza, jak i związek przyczynowy pomiędzy tym działaniem a powstałą szkodą. W analizowanym przypadku sąd uznał, że pacjentka nie sprostała temu obowiązkowi, co skutkowało oddaleniem powództwa w całości. Żaden z przeprowadzonych w toku postępowania dowodów nie potwierdził tego, aby pozwana wybierając metodę leczenia jak i wykonując to leczenie dopuściła się błędu lekarskiego. Istnienie błędu wykluczył biegły sądowy dr hab. n. med. J. K. w pisemnej opinii jak też w opinii uzupełniającej. Również opinia przeprowadzona w toku postępowania przed rzecznikiem odpowiedzialności dyscyplinarnej, nie potwierdziła popełnienia przez pozwaną błędu lekarskiego.

Sprawa ta pokazuje również jak istotna jest prawidłowa komunikacja między lekarzem a pacjentem. W ocenie Sądu pozwana dentystka dołożyła należytej staranności w informowaniu pacjentki o ryzykach i przebiegu leczenia, co dodatkowo przemawiało na jej korzyść. Lekarze, szczególnie w sytuacjach narażonych na ryzyko powikłań, powinni dokumentować swoje działania oraz przeprowadzone rozmowy z pacjentami, aby w przypadku ewentualnych roszczeń mogli skutecznie bronić swoich interesów.

 

FacebookLinkedInEmailPrint

Komisja Zdrowia w sprawie „Lex Szarlatan” 09.06.2026 r. – spostrzeżenia mec. Karoliny

Wczoraj – 09.06.2026 r. – brałam udział z ramienia Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych udział w posiedzeniu komisji ds. zdrowia w związku z procedowaniem zmian do ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta tzw. „Lex szarlatan”.

Moje spostrzeżenia są takie, że społeczeństwo i potencjalni pacjenci nie mamy pojęcia co te zmiany za sobą niosą i jaki jest ich cel.

Panuje przekonanie, że pacjenci będą mieli ograniczoną wolność wyboru metod leczenia czy też terapii a także, że w wyniku zmian z rynku znikną usługi świadczone przez zielarzy, joginów czy masażystów.

Nie o tym są te zmiany.

Natomiast nie dziwię się już skąd panuje tak błędne przekonanie o tym, co te przepisy zmienią.

Otóż usłyszałam jako koronne argumenty przeciwko wprowadzanym zmianą:

  1. zmiany te wspierane są przez BigFarme (w sumie to standardowy argument przeciwników medycyny), bo lekarze przepisują chorym ludziom leki,
  2. zakaz publicznego rozpowszechniania informacji o tym, że dana metoda lecznicza szkodzi pacjentom godzi w swobodę wypowiedzi i narusza wolność wypowiedzi,
  3. ogromna obawa o to, jak Rzecznik Praw Pacjenta ustali jakie działania czy stosowane terapie są zgodne z aktualną wiedzą medyczną ( a tylko działanie z aktualną wiedzą medyczną jest dopuszczalne), czyli co jest tym EBM?

 

Ad 1) Hmm lekarzem nie jestem, ale myślę sobie, że jeśli do lekarza trafia pacjent CHORY to trudno oczekiwać, aby lekarz nie zalecił mu stosowania farmakologii… Czym innym jest profilaktyka – wtedy to słynne „pobiegaj sobie”, aby ewentualnie zapobiec depresji może ma sens, ale jeśli przykładowo do psychiatry trafia pacjent z depresją to trudno oczekiwać, aby lekarz zalecił mu tylko aktywność fizyczną.

 

Ad 2) Gdyby wprowadzane zmiany zakazywały publicznych wypowiedzi na temat skuteczności stosowanych metod leczenia to faktycznie można by się obawiać, że dążymy do zabrania nam wolności słowa.

Ale tak nie jest.

 

Lex szarlatan broni przed takimi wypowiedziami, czyli publicznym rozpowszechnianiu lub promowaniu:

  1. metody diagnostycznej lub leczniczej lub metody, w przypadku której deklaruje się lub sugeruje, że ma właściwości świadczenia zdrowotnego, niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną, zagrażającej życiu lub zdrowiu, w szczególności przez podawanie nieprawdziwych informacji dotyczących zastosowania danej metody jako skutecznej i bezpiecznej w diagnozowaniu lub leczeniu, lub
  2. szkodliwości lub nieskuteczności stosowania metody diagnostycznej lub leczniczej zgodnej z aktualną wiedzą medyczną, w szczególności przez podawanie nieprawdziwych informacji na temat tej metody lub zniekształcenie informacji o niej, lub takie przedstawienie informacji o tej metodzie, które może wywołać u pacjenta wrażenie, że jest ona szkodliwa lub nieskuteczna

ALE TYLKO WÓWCZAS, gdy jest ona podejmowana W CELU OSIĄGNIĘCIA KORZYŚCI MAJĄTKOWEJ LUB OSOBISTEJ.

Zatem jeśli ktoś nam publicznie oświadcza, że leki na depresje nam szkodzą i nie pomogą, gdyż wystarczy podejmować aktywność fizyczną, ale za kilka dni zaczyna promować swój płatny kurs „jak wyleczyć depresję bez leków” – wówczas taka osoba, może obawiać się, że Lex szarlatan znajdzie zastosowanie.

I to jest clue tych zmian.

Mamy całą masę internetowych twórców, którzy tworzą mity medyczne, straszą pacjentów lekarzami, odwodzą nas kategorycznie od leczenia, aby potem nakłonić nas do zainwestowania w ich produkty i usługi, które absolutnie nie mają szans na pomoc w naszych schorzeniach a wielokrotnie nam szkodzą.

Takie osoby nie dość, że zarabiają na naszym zdrowiu, to jeszcze są bezkarne tak długo dopóki nie spowodują śmierci leczonej przez siebie osoby.

Choć nawet wtedy, wobec aktualnego stanu prawnego, jeszcze i tak mogą szkodzić innym zanim ostatecznie zostaną ukarani.

 

Ad 3) I wreszcie wiele osób się zastanawiało co to jest to „evidence based medicine” i w jaki sposób Rzecznik Praw Pacjenta ustali sobie, co jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną a co nie jest, gdyż nie stworzono żadnego katalogu procedur uznanych za zgodne EBM.

Mało tego przecież medycyna idzie do przodu, rozwija się, więc nie da się ustalić co jest aktualną wiedzą medyczną.

Absolutnie byłam zdziwiona taką argumentacją.

Przecież to pojęcie jest znane medycynie od setek lat… I tak, medycyna się rozwija, to co kiedyś było uznane za aktualne, aktualne już nie jest.

Dlatego medycyna jest nauką, z którą należy być na bieżąco i tego oczekuje się od lekarzy. Lekarze muszą ten obowiązek spełniać, ciągle się dokształcając. Oczywiste.

Ponadto, przecież istotą sporu o błędy medyczne jest przecież ustalenie czy lekarz udzielając świadczeń zdrowotnych działał z aktualną wiedzą medyczną.

Jakoś w trakcie procesów nikt nie podnosi, że to niemożliwe, aby ocenić, czy lekarz działał zgodne z EMB… Takie ustalenia na co dzień są podejmowane przez prokuraturę, sądy cywilne, sądy karne, czy sądy lekarskie…. I nikt nie bije na alarm z tego powodu.

Dodatkowo przecież nigdy nie oceniamy danego zdarzenia medycznego post factum tylko ustalamy czy w momencie podjęcia działania medycznego czy też jego zaniechania było ono zgodne z EBM. Zatem wszelkie argumenty, że medycyna się rozwija i dlatego nie można uznać, iż coś jest aktualne a za chwilę nie jest, nie powinno budzić obaw i być argumentem przeciwko.

Naprawdę powyższe obawy są irracjonalne i niestety wywołują niepotrzebne obawy wśród nas potencjalnych pacjentów/klientów.

 

 

 

FacebookLinkedInEmailPrint

Strona 1 z 58

KONTAKT

Kancelaria Adwokacko-Radcowska
"Podsiadły-Gęsikowska, Powierża" Sp. p.

ul. Filtrowa 61/3
02-056 Warszawa

+48 22 628 64 94
+48 600 322 901

kancelaria@prawniklekarza.pl

REGON: 369204260 NIP: 7010795766

AEKSANDRA POWIERŻA

+48 604 077 322
aleksandra.powierza@prawniklekarza.pl

KAROLINA PODSIADŁY-GĘSIKOWSKA

+48 735 922 156
karolina.podsiadly@prawniklekarza.pl